OPOwieści
z NBA

wywiady

opowieści z nba

Blue Edwards

Zdjęcia: gettyimages

Przemek Opłocki:

Zacząłeś przygodę z NBA w roku 1989, kiedy Utah Jazz wybrało cię z numerem 21 w pierwszej rundzie draftu. Grałeś z Karlem Malonem i Johnem Stocktonem, przyszłymi Hall of Fame. Byłeś graczem atletycznym z dobrym wyskokiem, co przekładało się na efektowne wsady. Na koniec sezonu zostałeś nominowany do drugiego składu debiutantów. Powiedz nam coś więcej o tamtym sezonie.

Blue Edwards:

Pierwszy sezon był dla mnie czymś nieznanym. Po raz pierwszy poza moim rodzinnym stanem, Karoliną Północną (North Carolina), z dala od rodziny i przyjaciół. Realizowałem plan, jakim była gra w NBA. Byłem tam i czułem, że śnię. Spełniło się moje marzenie.

Byłem gotowy na to, by grać w koszykówkę na tym poziomie. Chodziło o to, by wciąż się uczyć i doskonalić się podczas każdego treningu, każdego meczu. Byłem skupiony na tym, by wciąż się rozwijać i bazować na tym w perspektywie długiej kariery.

Wiele nauczyłem się grając z takimi graczami jak Karl Malon, John Stockton, Thurl Bailey czy Mark Eaton. Trener Sloan był wspaniałym trenerem, zwłaszcza jako pierwszy trener dla rozpoczynającego karierę zawodowca. To był bardzo dobry rok dla mnie. Zrealizowałem większość rzeczy, które pragnąłem osiągnąć. Debiutancki rok pokazał, że potrafię grać na poziomie NBA i należę do tej ligi.

PO:

1992-93 był twoim najlepszym sezonem. Zostałeś wymieniony do Milwaukee Bucks i stałeś się ich najlepszym strzelcom (16,9 punktów na mecz). Co sprawiło, że zacząłeś grać na tym poziomie?

BE:

Zabolało mnie, gdy dowiedziałem się, że zostałem wymieniony do Bucks. Powiedziano mi, że nie zostanę oddany do innej drużyny i że Jazz rozmawiają o podpisaniu ze mną długiego kontraktu. Wiadomość o wymianie zaskoczyła mnie. Dowiedziałem się o tym od naszego menedżera od sprzętu. Myślałem, że żartuje, ale gdy sekretarka powiedziała, że smutno jej z powodu tego, że odchodzę, wiedziałem już że to prawda.

Tak więc przeprowadzka do Milwaukee dała mi szansę na udowodnienie swojej wartości. Ponownie. Wciąż grałem jako starter i pozwoliło mi to na lepszą prezentację moich umiejętności. W Utah czułem, że się trochę duszę, zwłaszcza gdy gra się z dwoma przyszłymi graczami formatu Hall of Fame. Gra w Bucks dała mi szansę na bycie w większym stopniu liderem i centralną postacią zespołu. I czułem się z tym komfortowo. Jedyne czego brakowało mi w tym zespole to słaba chemia między zawodnikami. Brakowało mi tego.

PO:

Vancouver Grizzlies. Zdobyłeś pierwsze triple-double w historii organizacji. Trafiłeś kilka buzzer beaterów, np. w meczu z Minnesota Timberwolves (zakończona passa 23 porażek) czy przeciwko Philadelphia 76ers (pamiętam tą akcję z zestawienia top 10 w programie NBA Action). Jak wspominasz czas spędzony w Kanadzie?

BE:

Gra w Kanadzie była kolejną z tych nowych, nieznanych sytuacji. Trzeba było dostosować się. Walczyliśmy. Koszykówka nie sprawiała wiele radości. Granie stało się bardziej jak praca. Byłem rozkojarzony przez ciągłe przegrywanie, ale koszykówka była dla mnie zawsze strefą komfortu.

Dlatego postanowiłem opuścić tą strefę i stać się lepszym. Postanowiłem postarać się o to, by mieć jak najwięcej frajdy na parkiecie i grać najlepiej jak potrafię. Czasami pojawiały się wygrane, ale od zawsze lubiłem rywalizacje z najlepszymi zawodnikami i zespołami na świecie. Podróże były koszmarem, ale na tamtym etapie kariery przyzwyczaiłem się do zmiany. To był sprawdzian dla miłości i zaangażowania w koszykówkę.

PO:

Grałeś dwa sezony w Europie, w silnej lidze greckiej. Czy trudno było przyzwyczaić się do europejskiego stylu?

BE:

W Grecji było świetnie. Wspaniały kraj. Mecz koszykówki przypominał bardziej uniwersytecki basket. Atmosfera była elektryzująca, fani cudowni. Czasami szaleni, ale doceniałem tą pasję, jaką okazywali podczas meczów. Uwielbiałem grać przed wściekłymi fanami. Wtedy rozgrywam najlepsze mecze.

Poza tym, łatwiej było grać w Europie. Mądrze przygotowany rozkład meczów wpływał pozytywnie na ciało i jego regenerację. Łatwiej znosiło się podróże, bo były krótsze. Jeden mecz wyjazdowy i wracaliśmy do domu. Dwa mecze w tygodniu, jeżeli awansowałeś do europejskich pucharów, co udało się mojemu zespołowi. Do tego utalentowani europejscy gracze, którzy wkładali dużo wysiłku w rozwijanie koszykarskich umiejętności, dzięki czemu wielu z nich odnosi sukces w NBA.

PO:

Napisałeś ostatnio, że życie jest darem. Jak wygląda życie Blue Edwards’a po NBA?

BE:

Tak, życie jest prawdziwym darem, nawet bezcennym. Powinieneś spędzać go więcej na przeżywaniu go, niż przejmowaniu się. Obecnie żyjemy w chaotycznych warunkach. Stres jest zabójcą. Rzeczy, których nie możemy kontrolować dzieją się wokół nas przez cały czas. Powinniśmy się dostosować, zaadaptować i żyć dalej. Życie jest dla mnie czymś dobrym.

Mam wspaniałą rodzinę, naprawdę dobrych przyjaciół. Jestem w miejscu, które kocham. Trenuję licealny zespół. Daje mi to okazję do nauki o rozwoju młodych graczy w grze i sporcie, które kocham. Mogę im przekazać całą wiedzę, jaką zdobyłem w trakcie profesjonalnej kariery i przeciwko wielu wspaniałym graczom. Sposób w jaki trenuję może stać się sposobem radzenia sobie z życiem. Każdy potrzebuje plan gry. Potrzebujemy przeciwności, rywalizacji, doświadczać zwycięstw i porażek. W ten sposób dojrzewamy i stajemy się lepsi. Bądź dobry przyjacielu. Dziękuję za pytania. Trzymaj się.