OPOwieści
z NBA

wywiady

opowieści z nba

MICHAEL COOPER

Zdjęcia: gettyimages

Przemek Opłocki:

Jak pamiętasz Kobe’ego Bryanta, jako zawodnika i człowieka?

Michael Cooper:

Kobe był wyjątkową osobą. Od momentu, gdy po raz pierwszy go spotkaliśmy, kiedy Lakers chcieli go pozyskać. Jerry West oczywiście zobaczył, że miał w sobie coś specjalnego, bardziej niż ktokolwiek inny. Jako członek sztabu trenerskiego mogłem z nim pracować i był to ciekawy trening ze względu na to, że był on bardzo, bardzo ruchliwy i jak na tak młodego gracza potrafił robić niesamowite rzeczy.

PO:

Jerry West jest znany ze swojego instynktu do odnajdywania wyjątkowych graczy i pewnie dlatego zdecydował się w dniu draftu pozyskać Kobe Bryanta za Vlade Divac’a.

MC:

Na pewno. Kiedy Lakers byli w okresie przejściowym, po odejściu Magica Johnsona, i wciąż celem było mistrzostwo, istotne było budowanie zespołu wokół świetnych graczy i Kobe taki był. To było zabawne i interesujące obserwować jego postępy w barwach Lakers. Wówczas byli całkiem dobrym zespołem (Nick Van Exel, Elden Campbell, Eddie Jones), ale brakowało im gwiazdy dużego formatu, i Kobe dawał im to. Na początku było trudno, ale Jerry nie liczył natychmiastowe rezultaty, lecz na długoterminowy sukces.

PO:

Czy Kobe pytał ciebie o to, jak być lepszym obrońcą?

MC:

Nie. Kobe to Kobe. Myślę, że pytał inne osoby. Ciężko pracował. Zawsze mówię młodym ludziom: ciężka praca popłaca i jeżeli robisz to, będą efekty. Kobe miał jedną z najlepszych etyk pracy, jaką widziałem u innych graczy.

PO:

Obecnie sezon jest „zamrożony” i czekamy na dobre wiadomości. Możliwe, że będzie wznowiony w lipcu lub sierpniu (wywiad był robiony na początku maja – PO). Co sądzisz o obecnych Los Angeles Lakers, z Lebronem Jamesem i Anthony Daviesem? Jakie są, według ciebie, ich szanse na mistrzostwo?

MC:

Myślę, że mają wszystkie potrzebne narzędzia. Zadaniowcy znają swoje role i wykonują świetną robotę. Lebron James i Anthony Davis to gracze, którzy mogą pomóc zespołowi wznieść się na wyższy poziom. Jak wiemy, w zdobyciu mistrzostwa chodzi o zespół, a nie pojedynczych graczy. Wydaje mi się, że Lakers mają to i są w stanie zdobyć kolejny tytuł.

PO:

W dzieciństwie przydarzył ci się wypadek. Skaleczyłeś kolano i miałeś założone ponad 100 szwów. Doktor powiedział, że nigdy nie będziesz już chodził. Stał się jednak cud. Jak wspominasz tamto wydarzenie? Jak ukształtowało ciebie, jako człowieka i zawodnika?

MC:

Gracze przechodzą przez różne wydarzenia w trakcie życia. Mi przydarzył się tamten wypadek. Moja babcia miała psy. Często wkładaliśmy do puszki po mielonej kawie stopiony tłuszcz z boczku i stawialiśmy ją na ganku, tak by psy ją przewróciły. Tamtego dnia pośliznąłem się na tym i skaleczyłem. Miałem założone 102 szwy. Lekarz powiedział, że nie będę już chodził. Łaska Boża i modlitwy babci sprawiły, że stało się inaczej, ale zajęło to 2,5 – 3 lat, ponieważ byłem bardzo młody, gdy to się wydarzyło. Miałem wówczas cztery czy pięć lat.

PO:

Jestem ojcem dwóch energicznych dziewczynek, więc gdy usłyszałem twoją historię, i wyobrażam sobie, że mogłoby to je spotkać, próbuję sobie wyobrazić, co wówczas myśleli dorośli z twojej rodziny.

MC:

Byłem młody. Wiele rzeczy wydarzyło się, gdy dorastałem z babcią. Było tam 10 czy 12 dzieci i każdemu przydarzały się jakieś kontuzje, i tamta sytuacja przytrafiła się akurat mnie. Cieszę się, że wyszedłem z tego i myślę, że ukształtowało to mnie, jako osobę, którą jestem obecnie.

PO:

Kto był twoim ulubionym graczem, gdy byłeś dzieckiem?

MC:

Mój wujek, Tom, miał ulubiony zespół i byli to Boston Celtics, więc dorastałem jako fan tego zespołu, ze względu na rzeczy, które byli w stanie osiągnąć jako zespół. On też pokazał mi takich graczy jak Sam Jones, Casey Jones, John Havlicek, Bob Cousy, Bill Russell, więc kibicowaliśmy im i oglądaliśmy ich mecze. Gdy dorastałem i zacząłem rozumieć koszykówkę moim ulubionym graczem był, niestety, John Havlicek. Wielki zawodnik, szósty gracz, posiadający po trochu wszystkiego, zbiórki, grę w obronie, dobre podania, zdobywanie punktów, wszystkie te elementy potrzebne zespołowi do zwyciężania, więc identyfikowałem się z nim.

PO:

Wychowałeś się w Kalifornii, prawda?

MC:

Jestem prawdziwym Kalifornijczykiem.

PO:

Pewnie bycie fanem Celtów był czymś dziwnym dla twoich sąsiadów i znajomych (śmiech)?

MC:

Kiedy dostałem się do Lakers było zabawnie, gdyż wówczas musiał wybrać jeden lub drugi, albo Celtics albo Lakers, co było trudne, ale to były mecze, których nie oglądał. Nie byliśmy bogaci, więc koszykówka od samego początku była szansą na zdobycie edukacji.

PO:

Kiedy rozmawiam z byłymi zawodnikami NBA mówią mi, co mnie zaskakuje, że koszykówka nie była ich pierwszym, ukochanym sportem, że chcieli zostać, np. zawodnikami futbolu amerykańskiego, ale urośli i stąd wybór koszykówki. Jak to wyglądało u ciebie?

MC:

Dzięki koszykówce chciałem zdobyć wykształcenie i dlatego grałem. Na czwartym roku w college’u chciałem zakończyć edukację i zacząć robić to, co miałem robić, gdziekolwiek by mnie to zaprowadziło. Zawsze kochałem grać w koszykówkę i nigdy nie patrzyłem na to, jako sposób na zarobienie pieniędzy.

PO:

Wybrałeś koszykówkę, żeby ukończyć studia na uniwersytecie. Czy spodziewałeś się, że zostaniesz wybrany w drafcie?

MC:

Nie, nigdy o tym nie myślałem. Młodzi gracze w latach 70-tych nie mieli G-League czy opcji do gry zagranicą, więc skupialiśmy się na zdobyciu wykształcenia i szukaniu pracy.

PO:

Lakers wybrali cię w trzeciej rundzie draftu, z numerem 60-tym. Miałeś ciężki, debiutancki sezon. Grałeś w trzech meczach. To pewnie nie był łatwy czas, prawda?

MC:

Nie było łatwo. Lakers mieli skład pełen weteranów, gdyż byli skupieni na zdobyciu mistrzostwa. Grali tam Lou Hudson, Ron Boone, Kenny Carr. Musiałem przebić się do tego składu. Na szczęście doznałem kontuzji, gdyż nie sądzę, żebym wówczas był w stanie wpasować się do tego zespołu, więc siedziałem z boku. Trenerem był wówczas Jerry West. Dochodziłem do siebie, trenowałem, próbowałem zrozumieć o co chodzi i to bardzo mi pomogło.

PO:

Kolejny sezon był przeciwieństwem tego debiutanckiego (1978-79), dla ciebie, jak i zespołu. Zagrałeś w 82 meczach. Lakers zdobyli mistrzostwo. Co w głównej mierze zdecydowało o tym sukcesie? Pojawienie się debiutanta, Magica Johnsona? Nowy trener, który znalazł sposób na chemię w zespole? Inne?

MC:

Myślę, że wszystkie. Na pewno wybranie z jedynką w drafcie Magica Johnsona, gdyż Lakers szukali sposobu na przyspieszenie gry. Trener Jack McKinney był szkoleniowcem, który rozpoczął to w latach 80-tych. Chodziło o to, żeby zrobić to, co Portland Trail Blazers. Zebrał razem zespół. Potrzebował ludzi od defensywy, a ja byłem tym typem gracza i to był mój wkład w budowę zespołu.

PO:

Muszę wspomnieć, że uwielbiam obronę, jako aspekt gry, bardziej niż zdobywanie punktów. Są zawodnicy, którzy mają do tego większe predyspozycje i dla mnie ważne jest, żeby utrudnić im zdobywanie punktów. Kiedy oglądam materiały z czasów „Showtime” Lakersów i patrzę na twoją grę jest to dla mnie inspiracją. Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o swoich umiejętnościach defensywnych i jak je rozwijałeś?

MC:

Kiedy wybierałem się na uniwersytet wiedziałem, że jedynym sposobem na dostanie się do zespołu będzie bycie dobrym defensorem. Gdy dostałem się do Lakersów mieli już Kareema Abdul-Jabbara czy Jamaala Wilkesa, więc mieli wystarczający arsenał ofensywny, więc potrzebowali kogoś do obrony. Tak stałem się częścią zespołu.

PO:

Kogo zazwyczaj kryłeś podczas treningów Jeziorowców? Była ciągła rotacja czy skupiałeś się na kryciu określonej osoby?

MC:

Na treningach był to najlepszy ofensywny zawodnik drużyny przeciwnej. W ten sposób dostałem szansę na grę w Lakersach. Gdy zaczynałem lepiej rozumieć grę mogłem lepiej skupiać się na graczach ofensywnych.

PO:

Kiedy rozmawiamy o najlepszych graczach ofensywnych Larry Bird wspominał, że byłeś najlepszym obrońcą przeciwko któremu grał. Czy to samo możesz powiedzieć o Larrym, że był najlepszym ofensywnym graczem, jakiego kryłeś?

MC:

Zawodnik, którego najtrudniej było kryć… musisz zrozumieć, że w tamtym czasie grali Michael Jordan, George Gervin i wielu innych świetnych ofensywnych graczy. Miałem szczęście grać przeciwko nim, ale grając przeciwko Larry’emu musiałeś robić to mądrze. Przeciwko wielu graczom, jak np. Dominique’owi Wilkinsowi, grałeś siłowo. Przeciwko Larry’emu musiałeś skupić się na każdym aspekcie gry i to właśnie uwielbiałem w nim.

PO:

Osiem razy byłeś w All-Defensive Teams, pięć razy w pierwszym i trzy razy w drugim składzie. W sezonie 1986-87 zostałeś Defensive Player of the Year. Który z sezonów rozegranych NBA był dla ciebie najlepszy z „defensywnego” punktu widzenia?

MC:

NBA jest znana z ofensywy. Dla mnie defensywa była sposobem, w jaki mogłem pomóc zespołowi, ale jeżeli stajesz się lepszy jako zawodnik ofensywny, rozpoznawalnym ze zdolności do zbiórek czy innych aspektów potrzebnych w danej sytuacji, moim była ofensywa w obronie, więc kiedy zacząłem zdobywać więcej punktów stałem się bardziej rozpoznawalny jako obrońca.

PO:

Jesteśmy przy zagadnieniu „najlepszych osiągnięć”, który tytuł był dla ciebie najlepszy?

MC:

Ten z roku 1985 był prawdopodobnie najlepszy, gdyż po raz pierwszy byliśmy w stanie pokonać Boston Celtics. Jako fan Lakers zawsze chciałem pokonać Celtów. Obserwowaliśmy ich przez cały rok. 1985 był jak przepędzenie duchów z przeszłości. Jerry’emu ’estowi i Elginowi Baylorowi nie udało się pokonać Celtów. Cieszyłem się z tego. 1988 był również wyjątkowy, bo po raz pierwszy od czasów Boston Celtics (1966 rok) udało się zdobyć dwa tytuły z rzędu.

PO:

Co sprawiło, że Lakers udało się odnieść ten sukces i wygrać dwa tytuły z rzędu? Jak wspomniałeś, od lat 60-tych i czasów Celtów nikomu się to nie udało. Co pomogło wam w osiągnięciu tego?

MC:

:Praca zespołowa. Pat Riley kładł duży nacisk na zespół, który był dla niego najważniejszy. Współpracowaliśmy ze sobą i tak staliśmy się silnym kolektywem. Zespoły wygrywają tytuły, nie jednostki. Kiedy nauczyliśmy się tego, staliśmy się prawdziwym zespołem.

PO:

Rozmawiamy o zespole, którzy gracze Lakers znaleźliby się najlepszym zespole defensywnym? Mamy Michaela Coopera i…

MC:

Ja, Magic Johnson, Kareem Abdul Jabbar, James Worthy… mieliśmy wielu dobrych graczy. W pewnym momencie był to Byron Scott, ale na pewno znalazłby się tam też Jamaal Wilkes. Pasowałby też Bob McAdoo. Również Kurt Rambis, ze względu na zdolność do robienia drobnych rzeczy, które pomogły w zdobyciu tytułów.

PO:

Gdybyś mógł wybrać All-Defensive Team, pierwszą piątkę, ze wszystkich graczy Lakers występujących w latach 80-tych, kto by się w nim znalazł?

MC:

Dobre pytanie. James Worthy, Kareem Abdul-Jabbar, Norm Nixon, Jamal Wilkes I oczywiście Magic Johnson.

PO:

A jak wyglądałby najlepszy defensywny skład złożony z dowolnego gracza NBA z lat 80-tych?

MC:

Wybrałbym siebie, Dennisa Johnsona. Z Dennisem bylibyśmy najbardziej wszechstronni i moglibyśmy kryć graczy na wielu pozycjach. Dobry był Alvin Robertson z Milwaukee Bucks. Hakeem Olajuwan, ze względu na zdolności na pozycji skrzydłowego i… Michael Jordan. Był bardzo dobrym obrońcą.

PO:

Spędziłeś 12 sezonów w Lakers, stałeś się jedną z legend zespołu. Po przygodzie w NBA wybrałeś grę we Włoszech, w Pallacanestro Virtus Roma. Perche Italia (Dlaczego Włochy)?

MC:

Znam tylko trochę włoskiego (śmiech) Wiem jak jest „daj mi piłkę” (dome la palla). To rozumiałem.

PO:

Jak pamiętasz czas spędzony we Włoszech? Czy była to wówczas dobra liga?

MC:

Była bardzo dobra. Spędziłem miło czas. Zespół był bardzo dobry, budowany wokół mnie, więc miałem szansę na zrobienie wielu rzeczy i uczynienie innych graczy lepszymi. To była ciekawe doświadczenie.

PO:

Odnosiłeś sukcesy jako zawodnik, ale również jako trener. W latach 2001 i 2002 zdobyłeś mistrzostwo WNBA z Los Angeles Sparks, w 2003 roku dotarłeś do finałów. Co sprawiło, że udało ci się stworzyć tamtą dynastię?

MC:

Trenowałem tak, jak mnie trenowano. To było dla mnie ważne. Miałem bardzo dobrych trenerów, takich jak Pat Riley czy mój trener w college’u, i chciałem ich naśladować. Podstawą sukcesu jest to, żeby zawodnicy wiedzieli co dzieje się na parkiecie. Najważniejszą rzeczą dla mnie było to, by pracowali jako zespół.

PO:

Odnosiłeś sukcesy w WNBA. Wygrałeś mistrzostwo w D-League z Albuquerque Thunderbirds. W lidze BIG 3 dotarłeś do finału z zespołem 3-Company. Czy myślisz, że jest szansa na to, że w przyszłości klub z NBA zaproponuje ci objęcie posady trenera?

MC:

Może taka okazja by się pojawiła. Na razie cieszę się z tego, co osiągnąłem. Spędzam czas z piętnastoletnim synem i cieszę się, że mogę go trenować. Uczestniczę też w jednym programie nauczania koszykówki. Korzystam z czasu, jaki spędzam w domu.

PO:

Jak podoba ci się bycie trenerem?

MC:

Kocham trenowanie i motywowanie innych. Kiedy robisz to i widzisz, jaki zawodnicy rozwijają się. Moim zadaniem jest sprawić, by gracze dobrze się bawili i stawali się lepszymi graczami. Niekoniecznie, by stali się zawodnikami NBA, ale lepszymi osobami. Chcę pokazać dzieciakom, że w życiu jest coś więcej niż tylko koszykówka. Jeżeli osiągniesz ten poziom to super, ale profesjonalne granie w kosza to tylko część życia.

PO:

O tym samym wspominał Terry Porter, kiedy pytałem go o bycie trenerem na Uniwersytecie Portland. Powiedział, że koszykówka to jedno, ale równie ważne, jeżeli nie ważniejsze jest życie po profesjonalnej karierze. Dziękuję za rozmowę.